Witaj,
Tu "Boomerang 2.0". Ja, osoba, która tak bardzo gardziła tym przezwiskiem sam została nim namaszczona i musi codziennie wstawać z myślą, że zostanie z nim przez resztę swych dni.
Piszę ten list by wyjaśnić kilka rzeczy ponieważ nie wybaczę sobie jak zamknę ten etap życia bez powiedzenia tego co czuję. Ten list jest moją kolejną próbą zrzucenia części tego brzemienia. Nie próbą odzyskania Twojej miłości. Nie chce robić sobie nadziei bo wtedy ból jest silniejszy.
Chce powiedzieć, że zawsze czułem, że to się tak skończy. Ty miałaś wszystko przed sobą.. studia, pracę, prawdziwe plany. A ja z drugiej strony w momencie jak mnie poznałaś byłem totalnym wrakiem. Duchem osoby, która została zgnieciona przez życie i nie mogła się sama podnieść. Ty mi pomogłaś wstać.. pomogłaś mi jak nikt inny kiedy tego potrzebowałem. Kiedy nikogo nie było, Ty byłaś. Byłaś moim światłem w tunelu i nadzieją że mogę być szczęśliwy już zawsze. Nadzieją, że mogę założyć szczęśliwą rodzinę. Nadzieją, że kiedyś mogę być wspaniałym ojcem i mężem.
Byłem szczęśliwy, po raz pierwszy w życiu, przez całe 4 miesiące, szczęśliwy jak żadna osoba na ziemi. Ale wiedziałem, że to się skończy. Czułem gdzieś głęboko w sobie, że to nie może przetrwać.
Odchodząc powiedziałaś, że nie możesz mnie zmieniać. Powiedziałaś, że jestem jaki jestem, mam inne priorytety i fakt, że się dla Ciebie zmieniam nie jest dobry. Zasugerowałaś, że powinienem to robić dla siebie. Otóż, uważam, że się myliłaś. Ja nic nie musiałem zmieniać. Ja zawsze byłem taki jaki próbowałem być dla Ciebie tylko gdzieś to po drodze to zgubiłem. Skąd to wiem? Bo zawsze wiedziałem, że masz rację. Ty mi pomagałaś do tego dążyć. Ponownie to odnaleźć. Byłaś moim znakiem i pokazywałaś mi, że mogę być lepszym człowiekiem. Dlatego tyle rzeczy i toksycznych ludzi zostawiłem w tyle. Zrobiłem to dzięki Tobie. Nie dla Ciebie. Dla siebie. Dla mojego własnego dobra. Zaufałem Twojemu osądowi na tyle, że jakbyś mi kazała wskoczyć w ogień to bym to zrobił bez wahania bo wiedziałem, że prowadzisz mnie lepszą drogą i skoro każesz mi wskoczyć w ten ogień to znaczy, że musi być w tym jakiś logiczny sens. Dlatego tego dnia jak ze mną zerwałaś nie walczyłem o Ciebie... czułem, że Twój osąd jest jak zwykle dobry. Niczego bardziej w życiu nie żałuje niż tego, że tamtego dnia nie błagałem Cie o kolejną szanse tylko siedziałem cicho i nic nie mówiłem. Potem.. potem było już za późno i już nie chciałaś mnie słuchać ponieważ podjęłaś decyzję.. a poznałem Cie na tyle, że wiem, że jak podejmiesz jakąś decyzje to się jej trzymasz i nic Cie z tej drogi nie zwiedzie. Gdzieś w środku podziwiam Cie za to, że tak umiesz. Tylko nie rozumiem jednego. Mówiłaś mi, że mnie kochasz. Mówiłaś tak szczerze, że nie jestem wstanie zrozumieć, a raczej znaleźć odpowiedzi. Czy mnie w ogóle kochałaś? Jeżeli kochałaś to dlaczego przestałaś? Wiem, że zapewne darowałaś mi tłumaczeń żeby mnie nie ranić. Że prawdopodobnie miałaś wątpliwości już od jakiegoś czasu i że nawet jakbyś odpowiedziała na ten list, to mój ból nie stałby się mniejszy. Wręcz przeciwnie.
Chciałbym wyklarować tylko jedną rzecz. Naprawdę Ciebie kochałem. Najmocniej jak tylko można kochać drugą osobę i jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że taka miłość zdarza się raz w życiu. Ba. Niektórzy nigdy takiej nie zaznają bo nie jest im to dane. Kocham Cie dalej i nigdy nie przestanę. Czy to za 20 lat, czy za 50. Ja wiem, że to uczucie będzie we mnie do samego końca.
Do zobaczenia, kiedyś, może.
Pst.
Tu "Boomerang 2.0". Ja, osoba, która tak bardzo gardziła tym przezwiskiem sam została nim namaszczona i musi codziennie wstawać z myślą, że zostanie z nim przez resztę swych dni.
Piszę ten list by wyjaśnić kilka rzeczy ponieważ nie wybaczę sobie jak zamknę ten etap życia bez powiedzenia tego co czuję. Ten list jest moją kolejną próbą zrzucenia części tego brzemienia. Nie próbą odzyskania Twojej miłości. Nie chce robić sobie nadziei bo wtedy ból jest silniejszy.
Chce powiedzieć, że zawsze czułem, że to się tak skończy. Ty miałaś wszystko przed sobą.. studia, pracę, prawdziwe plany. A ja z drugiej strony w momencie jak mnie poznałaś byłem totalnym wrakiem. Duchem osoby, która została zgnieciona przez życie i nie mogła się sama podnieść. Ty mi pomogłaś wstać.. pomogłaś mi jak nikt inny kiedy tego potrzebowałem. Kiedy nikogo nie było, Ty byłaś. Byłaś moim światłem w tunelu i nadzieją że mogę być szczęśliwy już zawsze. Nadzieją, że mogę założyć szczęśliwą rodzinę. Nadzieją, że kiedyś mogę być wspaniałym ojcem i mężem.
Byłem szczęśliwy, po raz pierwszy w życiu, przez całe 4 miesiące, szczęśliwy jak żadna osoba na ziemi. Ale wiedziałem, że to się skończy. Czułem gdzieś głęboko w sobie, że to nie może przetrwać.
Odchodząc powiedziałaś, że nie możesz mnie zmieniać. Powiedziałaś, że jestem jaki jestem, mam inne priorytety i fakt, że się dla Ciebie zmieniam nie jest dobry. Zasugerowałaś, że powinienem to robić dla siebie. Otóż, uważam, że się myliłaś. Ja nic nie musiałem zmieniać. Ja zawsze byłem taki jaki próbowałem być dla Ciebie tylko gdzieś to po drodze to zgubiłem. Skąd to wiem? Bo zawsze wiedziałem, że masz rację. Ty mi pomagałaś do tego dążyć. Ponownie to odnaleźć. Byłaś moim znakiem i pokazywałaś mi, że mogę być lepszym człowiekiem. Dlatego tyle rzeczy i toksycznych ludzi zostawiłem w tyle. Zrobiłem to dzięki Tobie. Nie dla Ciebie. Dla siebie. Dla mojego własnego dobra. Zaufałem Twojemu osądowi na tyle, że jakbyś mi kazała wskoczyć w ogień to bym to zrobił bez wahania bo wiedziałem, że prowadzisz mnie lepszą drogą i skoro każesz mi wskoczyć w ten ogień to znaczy, że musi być w tym jakiś logiczny sens. Dlatego tego dnia jak ze mną zerwałaś nie walczyłem o Ciebie... czułem, że Twój osąd jest jak zwykle dobry. Niczego bardziej w życiu nie żałuje niż tego, że tamtego dnia nie błagałem Cie o kolejną szanse tylko siedziałem cicho i nic nie mówiłem. Potem.. potem było już za późno i już nie chciałaś mnie słuchać ponieważ podjęłaś decyzję.. a poznałem Cie na tyle, że wiem, że jak podejmiesz jakąś decyzje to się jej trzymasz i nic Cie z tej drogi nie zwiedzie. Gdzieś w środku podziwiam Cie za to, że tak umiesz. Tylko nie rozumiem jednego. Mówiłaś mi, że mnie kochasz. Mówiłaś tak szczerze, że nie jestem wstanie zrozumieć, a raczej znaleźć odpowiedzi. Czy mnie w ogóle kochałaś? Jeżeli kochałaś to dlaczego przestałaś? Wiem, że zapewne darowałaś mi tłumaczeń żeby mnie nie ranić. Że prawdopodobnie miałaś wątpliwości już od jakiegoś czasu i że nawet jakbyś odpowiedziała na ten list, to mój ból nie stałby się mniejszy. Wręcz przeciwnie.
Chciałbym wyklarować tylko jedną rzecz. Naprawdę Ciebie kochałem. Najmocniej jak tylko można kochać drugą osobę i jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że taka miłość zdarza się raz w życiu. Ba. Niektórzy nigdy takiej nie zaznają bo nie jest im to dane. Kocham Cie dalej i nigdy nie przestanę. Czy to za 20 lat, czy za 50. Ja wiem, że to uczucie będzie we mnie do samego końca.
Do zobaczenia, kiedyś, może.
Pst.
Komentarze
Prześlij komentarz